Autor Wiadomość
Nausa
PostWysłany: Śro 1:37, 08 Sie 2007    Temat postu:

Coś tam się tworzy. Zresztą i tak jestem teraz bardziej pochłonięta listonoszem, niż księgą xP
Arya-elda
PostWysłany: Wto 22:42, 07 Sie 2007    Temat postu:

Nie daj się prosićRazz
Nausa
PostWysłany: Wto 14:08, 07 Sie 2007    Temat postu:

Hmm... xD
Carla_blue
PostWysłany: Pon 13:56, 06 Sie 2007    Temat postu:

Nausie... a kiedy dostanę jeszcze?
Nausa
PostWysłany: Śro 15:18, 04 Lip 2007    Temat postu: Księga Odrodzenia

Wszem i wobec: Niech Mylog się wypcha! Kit z tym, że zrobiłam nowy szablon, który strasznie mi się podoba... A swoją drogą... może go na nocnik wsadzimy? ^^'
Postanowiłam tutaj umieszczać kolejne rozdziały mojego opowiadania. Czytajcie lub nie. Komentujcie lub nie ^^'

Zapomniałabym. Za błędy wybaczcie - nie chciało mi się ich sprawdzać, bo mam mało czasu.




Prolog

Ciemne chmury zadziwiająco szybko zasłoniły zachodzące słońce, jedyną nadzieję Sargardian na powstrzymanie ciemności, która od wieków zabierała plony w postaci niewinnych ludzi. Jedynie nieliczne, pomarańczowe promienie rzucały ostatki światła na cienie, które w popłochu umykały. Dorośli nawoływali dzieci, by wracały do domostw, po czym zamykali się na wszystkie spusty, barykadując drzwi i okna. Wszelkie szczeliny zapychano szmatami, by nawet odrobina powietrza z zewnątrz się nie dostała do środka. W kominkach rozpalano ogień i pilnowano, by przez noc nie zgasł. A kiedy już mrok dosięgnął każdego zakątku w Sargardzie, przenikliwy krzyk dopadł uszu mieszkańców; zmroził ich dreszczem na karku, by po chwili mogli usłyszeć dudnienie w szybach, walenie do drzwi i wrzaski ciemności, chcącej wedrzeć się do ich serc, rozszarpując kawałek po kawałku. Gdzieniegdzie szloch najmłodszych, doprowadzał do nasilenia ataków.
- To Modvoni, prawda? - zapytał cichy głosik w kącie głównej izby, w jednym z domostw. Właściciel głosu skulił się jeszcze bardziej słysząc swoje słowa. Spojrzał na ojca, do którego było skierowane pytanie. Przyglądał mu się z nienaturalnym spokojem.
- Tak, Arne. Starszyzna już od dawna podejrzewała, że Ciemność zaatakuje Sargard, ale kiedy do tego doszło... - urwał na chwilę, zastanawiając się jednocześnie, ile mógł powiedzieć chłopcu, by nie wzbudzić w nim jeszcze większego przerażenia. Wszelako czy można było go uchronić przed strachem? Niewykonalne. Westchnął przeciągle, po czym oddalił się od ogniska, by położyć dłoń na ramieniu syna. - Arne. Musisz zrozumieć, że to, co teraz robimy jest jedyną szansą przetrwania pełni. Modvoni atakują miasta coraz liczniej i skuteczniej. Nie znamy żadnego sposobu, by pozbyć się mroku. - Nie wiedział, jak sprawić, by na dziecinnej twarzyczce pojawił się uśmiech. Bolał nad całą sytuacją. Wstał i ponownie skierował się w stronę ognia, dokładając co jakiś czas drewna. Nie wspomniał chłopcu, że to nie pierwszy atak na Sargard. Niecałe siedem lat temu zmory ciemności napadły na miasto bez żadnego uprzedzenia, tak nagle... Wybiły trzy czwarte mieszkańców, w tym matkę Arne. Do dnia dzisiejszego nie wspominał nawet słowem o Damaris, choć chłopiec często próbował dowiedzieć się czegokolwiek. Ten temat, mimo upływu czasu był nadal bolesny, zwłaszcza, że ich syn niesłychanie ją przypominał. Westchnął po raz kolejny i przymknął oczy. To dopiero początek nocy, a wrzaski nasilały się coraz bardziej. Niekiedy mógł usłyszeć jak z domów sąsiadów wydobywają się krzyki. Głupcy, nie zabezpieczyli dobrze izby. Zapewne teraz są już całkowicie martwi, a ich krew sprawiła, że mrok z jeszcze większą zajadłością atakował.
Mijały godziny i z czasem zgiełk uspokoił się na tyle, by podejrzewać, że niedługo słońce zacznie wschodzić, pozbawiając potwory tchu i zaprowadzając je do otchłani ciemności, gdzie będą wyczekiwać na kolejną pełnię. Spojrzał na chłopca, który zasnął skulony w kącie izby. Widocznie nie miał odwagi pójść do drugiego pomieszczenia, by położyć się do łóżka. Miał zaledwie siedem lat, a i tak wykazywał się nad wyraz ciekawością świata. Przetarł twarz szorstką dłonią, by zetrzeć wszelkie oznaki zmęczenia. Teraz, kiedy wszystko się uspokoiło, a nerwy nieznacznie opadły, czuł wyczerpanie i senność, która powoli zawładnęła jego powiekami, sprawiając, że opadały coraz bardziej. Jego głowa przechyliła się, a umysł powędrował na spotkanie we śnie z ukochaną. Zasnął nie bacząc na skutki, na dogasający ogień.

Arne otworzył oczy w momencie, kiedy usłyszał mocne drapanie w ścianę, jakby ktoś wdrapywał się na dach. Przypomniał sobie, gdzie się znajduje i w jakich okolicznościach. Z przerażeniem stwierdził, że w izbie panuje ciemność. Zajęło mu chwilę, by przyzwyczaić wzrok do otaczającego go mroku. Rozpoznał zarys sylwetki ojca, który oparty o ścianę zasnął. Chciał podnieść się i go obudzić, by rozpalił ogień, ale nagły szmer dochodzący z kominka, sprawił, że jego nogi przywarły do drewnianej podłogi, nie pozwalając na jakikolwiek krok. Nozdrza odmówiły mu posłuszeństwa, kiedy w miejscu, gdzie powinny iskrzyć się płomienie, dostrzegł nieznaczny ruch. Coś błysnęło w ciemności, po czym zobaczył ogromne szpony tuż przy ojcu. Z jego gardła wydobył się potężny krzyk, a po chwili na jego twarzy znalazły się kropelki krwi rodzica. Starł je dłonią, czując metaliczny smak na wargach. To było za wiele dla chłopca. Zakręciło mu się w głowie, po czym runął jak długi, mdlejąc.








I - 1


Bearm w istocie było pogodną mieściną. Otoczone wieloma lasami, urokliwymi strumykami oraz jedną, ogromną, rwącą rzeką - Nertharis. W centrum miasteczka znajdował się targ, na którym codziennie rano mieszkańcy zakupywali najpotrzebniejsze rzeczy. Wokół targu mieszkały rodziny ważne w społeczności lub po prostu bardzo zamożne, co wiązało się z pięknymi domostwami, bogato zdobionymi z zewnątrz oraz rozłożystymi ogrodami, w których mieniły się wszystkimi kolorami tęczy kwiaty, nadając niezwykłą aurę wśród bawiących się dzieci. Dużo dalej mieszkali ludzie, którzy prowadzili własne gospodarstwa, jednak z małym powodzeniem na rynku. Natomiast na obrzeżach mieściny znajdowali się najbiedniejsi, którzy wykonywali najcięższe prace, mało opłacalne. Bearm nie różniło się praktycznie niczym od reszty miasteczek Krainy Fulhornu. Chociaż nieliczni, uważali, że jednak jest coś takiego, co sprawia, że wędrowcy omijają tą mieścinę i jej okolice dalekim łukiem. Nic dziwnego, gdyż daleko za wrzosowiskiem znajduje się nic innego jak Aeldor. Otoczone murami sekretne stowarzyszenie. Mieszkańcy Bearm nie wiedzieli zbytnio, kim są mieszkający tam ludzie i czym się zajmowali. Krążyły natomiast legendy. Począwszy od tego, że ukryto tam ostatniego, żyjącego smoka, aż po tajemnicze bractwo specjalizujące się w morderstwach na zlecenie rodziny królewskiej. Ta pierwsza jest tak stara jak sama Kraina Fulhornu i wielu w nią wątpiło od samego początku, bowiem wiadomym jest, że skrzydlate gadziny wymarły jeszcze przed Eursadorem. Poza tym, taka bestia potrzebowałaby przestrzeni do latania, a tego Aeldor nie mógł jej zapewnić, gdyż z obojętnie jakiej góry, można by ją dostrzec. Natomiast ta druga opowieść głosi, że dynastia Etharnet wewnątrz swoich kręgów miała tyle wrogów, ile przeciętny dyktator. Dlatego potrzebowali kogoś od czarnej roboty. Wątpliwe jednakże jest to, by potrzebowali do tego aż tylu wojowników. Zatem ta teoria równie podupadła, w momencie, kiedy klan Etharnet powybijał się sam - do ostatniego członka, a bractwo pozostawało niewzruszone. Mimo, iż wiele legend powstało od tych kilku stuleci i każda była mniej prawdopodobna od drugiej, to i tak opowiadano je małym dzieciom, by nigdy nawet nie zbliżyły się do wrzosowiska. Ostatecznie każde z nich trzymało się reguły nie wychodzenia poza obręb Bearm i nawet bali się spoglądać na potężne mury, jednak uchowała się jedna dziecina, która ignorowała ówże zakaz, a słysząc coraz to mroczniejsze opowiastki, czuła, że jej zainteresowanie wobec Aeldor tylko rośnie.
Aylin brakowało do skończenia siedemnastu lat zaledwie kilkunastu dni, wtedy - będąc pełnoletnia - mogłaby bezkarnie siadywać na swoim ulubionym drzewie i ze spokojem wpatrywać się w wysoko wzniesione mury tajnego bractwa. Kto wie? Może by nawet podeszła do bramy i udało jej się czegoś na ich temat dowiedzieć? Od lat interesowała się zagadkami, im mroczniejsze, tym bardziej przyciągały ją do siebie. Tak też było z Aeldor. Codziennie wystawała na twardych gałęziach patrząc na drewnianą bramę, która wydawała się solidniejsza od samych murów, które z kolei robiły ogromne wrażenie. Mogła siedzieć tak godzinami, aczkolwiek musiała pomagać w domostwie. Opiekować się siostrami i dbać o zwierzynę, którą hodowali na miejski targ, toteż jedynie wieczorami, bądź wczesnym rankiem znajdywała chwilkę wolnego czasu. A kiedy taka okazja się nadarzała, szybko wymykała się tyłem z domostwa i biegła między krzakami na wrzosowisko, na którym stało tylko jedno drzewo. Jej drzewo. Było bardzo stare i pokaźnych rozmiarów, mimo to nadawało się na idealną kryjówkę. Grube i dorodne liście doskonale zakrywały każdą odrobinę jej ubrania i ciała. Praktycznie nie można było jej dostrzec z dołu, za to ona mogła obserwować dowolny skrawek doliny. Przesiedziała w ten sposób wiele godzin przez te kilka dobrych lat, jednakże jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się dowiedzieć czegoś pożytecznego lub czegoś zobaczyć. Owszem, czasami widywała strażników, którzy będąc na wachcie pilnowali bramy i murów, jednakże wrota zawsze spoczywały zamknięte.
Teraz też siedziała na jednej z wyższych gałęzi. Było ciepłe popołudnie, słońce rozgrzało stare drzewo, jednak pod ciężkimi liśćmi znalazła ukojenie w postaci cienia. Rozmyślała nad swoim życiem. Miała cztery młodsze siostry i tylko jednego starszego brata, który i tak wyprowadził się już dawno. Zatem to ona musiała bardzo wcześnie przejąć pałeczkę po Kanye i sprawić, by ich domostwo wyglądało na tyle przyzwoicie, na ile się dało, a obowiązek karmienia i wyprowadzania na pastwisko zwierzyny zawsze należał do niej, nie dając jej dużo wolnego czasu. Nie narzekała. W domu było ciężko, ale nigdy nie mogła zarzucić, że nie mieli czego wrzucić do garnka, jak inne rodziny, które widziała każdego dnia udając się potajemnie na wrzosowisko. Przeraźliwie chude dzieci, na których skóra opinała jedynie kości, a natura zapomniała obdarzyć je mięśniami. Przed oczami stanął jej widok małej dziewczynki, którą dzisiaj rano spotkała. W jej oczach głód był aż namacalny. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Przeniosła swój wzrok na twierdzę. Zastanawiała się przez chwilę, jakby to było, gdyby mogła stać się na jeden dzień niewidzialna i bez żadnych przeszkód przekroczyłaby Twierdzę Tajemniczości, jak miała w zwyczaju mówić o Aeldor. Co by tam zobaczyła?
Powoli zaczynało robić się późno, a ona jeszcze musi pomóc w przygotowaniu wieczornego posiłku. Bez pośpiechu zaczęła schodzić z górnych gałęzi, uważnie patrząc, gdzie stąpa. Kiedy do ziemi zabrakła jej połowa długości ciała, usłyszała tętent kopyt. Z dala dostrzegła konia, który zbliżał się w zastraszającym tempie. Bez najmniejszego wahania, wdrapała się najszybciej jak potrafiła na drzewo, modląc się w duchu, by nikt jej nie zobaczył. Po chwili całkiem dobrze widziała już sylwetkę wierzchowca. O dziwo pędził w stronę Aeldor, mając na grzbiecie przewieszonego rannego mężczyznę. Byli zbyt daleko, by mogła dostrzec jakieś szczegóły, jednakże po czasie w jej pamięci wyryła się blada twarz jegomościa, poplamiona krwią, jego ręka zwisała bezwładnie zaciśnięta w pięść. Ten widok wywarł na Aylin ogromne wrażenie. Taka sytuacja zdarzała jej się po raz pierwszy. Nie widziała jeszcze nigdy nikogo, kto by kierował się w stronę bram stowarzyszenia. To nie mógł być żaden wędrowiec, gdyż ominąłby Bearm. Jedyna myśl, która zakotwiczyła się w jej umyśle, mówiła jasno, że ten człowiek prawdopodobnie jest członkiem bractwa. Przez jej ciało przeszedł dreszcz podniecenia. Wychyliła się nieznacznie, by dojrzeć wszelkie detale. Jej zdziwienie było wręcz przytłaczające, gdy zdała sobie sprawę, że mężczyzna ma otwarte oczy. Kiedy koń omijał drzewo, na którym dziewczyna klęczała, jegomość podniósł ostatkiem sił głowę. Ich spojrzenia spotkały się na moment, po czym Aylin raptownie cofnęła się do tyłu, o mało nie tracąc równowagi. Ranny uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie, opuścił głowę zamykając powieki. Jego zaciśnięta dłoń rozwarła się wypuszczając głęboko w trawę jakieś zawiniątko. Wierzchowiec przegalopował niemały odcinek bardzo szybko. Bramy Aeldor zacharczały głęboko i otworzyły się, wpuszczając do środka rumaka i mężczyznę.
Aylin siedziała jeszcze przez chwilę nieruchomo, dokładnie analizując wcześniejsze wydarzenia. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że ranny człowiek ją widział. Po raz pierwszy poczuła taki wielki strach, który zaczął ogarniać każdą część jej ciała. Zeskoczyła z gałęzi i szybkim krokiem udała się w stronę domostwa, ale po niedługim czasie przypomniała sobie o małym zawiniątku, które opuścił mężczyzna. Podbiegła w tamto miejsce, upadła na kolana i rękami na ślepo zaczęła je szukać. Już miała ochotę dać sobie spokój, gdy palce lewej ręki natknęły się na coś twardego. Nawet nie patrząc, co to jest, wstała i zaniosła do drzewa. Odszukała wzrokiem wypustki, którą wydziobały jakieś ptaki, prawdopodobnie z zamiarem urządzenia tam gniazda. Wrzuciła tam zawartość lewej dłoni i nie odwracając się pobiegła prosto do domostwa, pomóc matce.









I - 2

- Byłaś na wrzosowisku! - Usłyszała oskarżycielski głos matki, gdy tylko przekroczyła próg izby. Wzdrygnęła się i przywołała na usta przepraszający uśmiech. Czekała na szykującą się tyradę. Było tak zawsze, kiedy została na czymś przyłapana. O dziwo, ojciec Aylin, wcale nie przejmował się faktem, że dziewczyna igra z niebezpieczeństwem. - Tyle razy ci mówiłam, że to bardzo groźne, a ty mi na przekór! - Dojrzała kobieta, w białym fartuchu, związanym z tyłu, westchnęła ciężko i usiadła na pobliskim krześle. Spojrzała na nią karcąco, ale dziewczyna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w jej oczach nie tyle można dostrzec gniew, co roztargnienie i troskę. Dopiero w takich momentach widać, ile człowiek w rzeczywistości ma lat. Nkechi był pogodną kobietą, wychowującą liczne potomstwo, a oprzeć się mogła jedynie na starszej córce, która z kolei wolała przebywać poza domem i obserwować siedzibę bractwa.
- Wcale tak nie jest - zaczęła na poczekaniu, acz wiedziała, że jej próby usprawiedliwienia się spełzną na niczym. Codziennie siadywała na drzewie i marzyłaby stać się członkiem tajemniczego stowarzyszenia, by kiedyś przekroczyć mury Aeldor. - Ja... Ja po prostu lubię być w pobliżu i patrzeć na bramę - wytłumaczyła, umykając wzrokiem na podłogę. Nie musiała patrzeć na matkę, by widzieć jej dość sceptyczny wyraz twarzy.
- Usiądź - powiedziała kobieta wskazując miejsce koło siebie. Dziewczyna powlokła się w jej stronę. Usiadła tuż obok niej. - Pamiętasz, Aylin, jak miałaś pięć lat, był pewien szaleniec w Bearm, który - tak jak ty - chciał przedostać się przez mury Aeldor i odgadnąć co się za nimi kryje. Długo wyczekiwał i wypatrywał na tym samym drzewie, co ty. W końcu nadarzyła się okazja. Przez miasteczko przejeżdżali najeźdźcy kraju sąsiadującego z Krainą Fulhornu. Zahaczyli o stowarzyszenie. Nie mam pojęcia czy nie znali legendy, czy w nią nie wierzyli, ale postanowili zaatakować. Próbowali przedrzeć się przez mury, ale nie zdołali. Kiedy w końcu otworzyła się brama... - Nkechi przeszedł dreszcz na samo wspomnienie. - Aylin, takich okrzyków bólu jeszcze w życiu nie słyszałam. Nikt nic nie widział, bo ludzie pochowali się w domach i nie wychodzili aż do wieczora. Następnego dnia, matka chłopca, który miał identyczne zainteresowania jak ty, szlochała mi w izbie, że tamtego dnia przesiadywał na drzewie. Poszła go szukać, ale nie zobaczyła nic, poza krwią. Twój ojciec tez tam był, razem z nią i jeszcze kilkoma mężczyznami. Zorganizowali akcję poszukiwawczą. Do dzisiejszego dnia chłopiec się nie znalazł. Byłaś mała wtedy, zatem masz prawo nie pamiętać.
Aylin patrzyła na matkę w głębokim zdumieniu. Nie pamiętała.
- Jak się nazywał ten chłopiec? - zapytała.
Nkechi przymknęła powieki, próbując sobie przypomnieć daleko zakopane w jej pamięci informacje.
- Chyba Yalios. Zresztą przyjaźnił się z twoim bratem - powiedziała, a nastolatka poczuła znajome gorąco w całym ciele.
- Kanye go znał?
- Myślę, że sama powinnaś się go o to zapytać. - Nkechi wstała i pozbierała ze stołu brudne naczynia. Aylin nadal siedziała na krześle, a jej umysł atakowały miliony myśli. Nie mogła uwierzyć, że był ktoś, kto równie podziwiał jej fascynację do niebezpieczeństwa. Zwłaszcza do Aeldor. Do worka z niespełnionymi marzeniami dorzuciła chęć zobaczenia chłopca, który teraz był już pewnie dorosłym i potężnym mężczyzną. No właśnie, czuła, że Yalios żyje, mało tego, była pewna, że teraz przebywa za murami bractwa. Że jest jednym z nich. Głos jej matki mówił jasno, że spisała chłopaka na straty. Dla niej zginął wraz z najeźdźcami. Natomiast intuicja Aylin podpowiadała jej, że Yalios sam przekroczył próg niewiedzy i tajemniczości.
- Dziecko, idź posprzątaj po swoich siostrach - usłyszała głos matki, który ją wyrwał z zamyślenia. Wstała bez słowa i ruszyła do pomieszczenia obok.

Miała wiele sióstr. I każda bałaganiła niemiłosiernie. Razem z matką wielokrotnie próbowała je oduczyć tego zwyczaju, ale nie dawało to skutku, gdyż ojciec dziewczynek twierdził, że w ich wieku powinny się bawić i cieszyć z uroków dzieciństwa, bo w przyszłości będą mieć trudne życie. Aczkolwiek Aylin była innego zdania, ponieważ to nie on musiał codziennie sprzątać po tych małych szkodnikach. Zawsze, kiedy popołudniu kończyła pomagać Nkechi, zabierała się za opiekę nad rodzeństwem. Dziś też tak było. Kiedy weszła do pomieszczenia, aż dech jej zaparło, gdy zobaczyła chaos panujący w izbie. Spojrzała groźnie na dziewczynki, ale żadna nie zareagowała. Westchnęła cicho, po czym zabrała się za podnoszenie porozrzucanych po podłodze rzeczy. Jej myśli błądziły swobodnie po wspomnieniach z dzisiejszego dnia, aż spoczęły na zawiniątku, które znalazła w trawie. Miała niezmierną ochotę zobaczyć je jeszcze raz, dotknąć. Nie wiedziała, co ją tak bardzo do tej małej rzeczy przyciągało. Wydawało jej się, że to coś więcej niż zwykła ciekawość. Jednakowoż brakło jej odwagi, by pójść do drzewa i sprawdzić, co jest w dziupli. Niewątpliwie dlatego, że za każdym razem, kiedy już wstawała, by wyjść, przed oczami wyrastał jej obraz rannego mężczyzny.
W końcu nadszedł wieczór i Aylin skończyła usypiać siostry. Poszła do kuchni i pomogła Nkechi posprzątać po wieczornym posiłku. Dopiero teraz miała odrobinę czasu, by zająć się zwierzętami. Kolejnym jej obowiązkiem jest sprawdzić, co wieczór, czy zagroda jest szczelnie zamknięta. gdyż nie mogli sobie pozwolić na utratę żadnego inos. Gdy była młodsza to jej brat opiekował się zwierzyną, którą później sprzedawali na targu. Pamiętała, że tylko raz Kanye za późno sprawdził ogrodzenie i dwie sztuki inos uciekły. Biedny Kanye - siadał z bólem przez kilka dobrych dni.
Aylin wyszła na podwórze. Ostatki promieni słonecznych zahaczały o korony drzew, zalewając okolicę ponurym cieniem. Podeszła do studni i z lekkim wysiłkiem napełniła drewniane wiadro wodą, po czym przelała ją do koryta, by zwierzęta w nocy mogły się napić. Sprawdziła węzły przy bramie. Wyglądały solidnie, więc zaczęła przemierzać ogrodzenia, oglądając i wypatrując jakichś uszkodzeń. Gdy doszła do drugiej strony zagrody, słońce zaszło, spowijając podwórze mrokiem. Zganiła się w myślach, że nie wzięła ze sobą kharny, która teraz oświetliłaby jej drogę. Nie mogła zaprzestać ów czynności, więc błądziła po omacku, na tyle na ile jej wzrok powoli przywykł do ciemności. Zostało jej niewiele, by dojść do domu, więc pospieszyła się z oględzinami. Kiedy po raz ostatni skontrolowała, że inos same nie uciekną z zagrody, odwróciła się w stronę drzwi do domostwa, ale zimny dreszcz, który nagle przeszedł jej po plecach, powstrzymał ją. Poczuła się dziwnie, jej żołądek oblał chłód. Rozejrzała się na boki, lecz nic nie zauważyła. Postąpiła dwa kroki, jednak coś nie dawało jej spokoju. Obróciła się gwałtownie do zagrody, wstrzymała oddech. Niedaleko gospodarstwa stał wierzchowiec, a na nim jeździec. Nie zdziwiłoby jej to tak mocno, gdyby nie fakt, że mężczyzna stał obrócony w jej stronę, a jego oczy świeciły nieznośnie w ciemności. Bez wątpienia patrzył na nią. Aylin nie mogła powstrzymać myśli, że nie jest do niej pokojowo nastawiony. Czuła jak chłód z żołądka przelał się na ciało, powoli zamieniając się w potężny strach. Zebrała wszystkie swoje siły, napięła mięśnie, zacisnęła dłonie i biegiem ruszyła do domu. Wkroczyła z impetem do izby, o mało nie przewracając krzesła, na którym siedział jej ojciec. Niewiele myśląc, zatrzasnęła drzwi i zamknęła je na wszystkie zasuwy.
- Aylin, wszystko w porządku? - zapytał głos, teraz już stojący, za nią.
Podeszła do okna i delikatnie odsunęła zasłonę, obejrzała dokładnie całe podwórze i okolice, ale nigdzie nie mogła dostrzec jeźdźca. Jednakże strach nadal pulsował tuż pod jej skórą.
- Tak - odparła cicho, by nie wyczuł, że jej głos drży.

Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group